„(…) Istnieją
dwie grupy ludzi: ci, do których mówi się z trudnością oraz ci, do których mówi
się na próżno. Grupa druga, liczniejsza i bardziej uparta niż mogłoby
się to wydawać na pierwszy rzut oka, gdyż ilustruje stan umysłu, w jaki wszyscy
jesteśmy skłonni popadać ze względu na wrodzone nam lenistwo, składa się z
ludzi, którzy nie potrafią uwierzyć, że świat kiedykolwiek będzie się istotnie
różnił od tego, z którym obcują w tym momencie.
Od czasu do czasu, pod wpływem, być może, jakiegoś szczególnie przekonywającego
pisarza lub mówcy, mogą oni przeżyć chwile zaniepokojenia lub nadziei. Jednakże
nieprzezwyciężona toporność ich wyobraźni każe im zachowywać się tak, jakby nic
nigdy nie mogło się zmienić. Ci, do których mówi się z trudnością, lecz, być może,
nie na próżno, to osoby, które wierzą, że jakieś wielkie zmiany muszą nastąpić,
ale ani nie są pewne tego, co nieuniknione, ani tego, co prawdopodobne, ani
tego, co pożądane.
To, co
reprezentuje świat zachodni – a terminom tym przypisuje się rangę świętości –
można określić mianem liberalizmu i demokracji. Terminy
te nie są identyczne albo też nierozerwalnie ze sobą związane. Liberalizm jest
określeniem zdecydowanie mniej klarownym i obecnie nie cieszy się takim
powodzeniem. Za to termin demokracja znajduje się u szczytu popularności. Zaczynam
się zastanawiać, czy tak powszechnie uświęcony termin jak demokracja w
dzisiejszych czasach znaczy jeszcze cokolwiek, skoro znaczy tak wiele. Być
może demokracja osiągnęła już pozycję cesarza Merowingów, tak że za każdym
razem, kiedy jest przywoływana, zaczynamy się rozglądać za marszałkiem dworu.
Niektórzy
zapędzili się już tak daleko, że uznają za coś jak najbardziej oczywistego, że
jedynym porządkiem politycznym zgodnym z chrześcijaństwem jest system
demokratyczny.
Z drugiej
strony nie zrezygnowali z używania tego słowa zwolennicy rządu w Niemczech.
Gdyby ktoś kiedykolwiek pokusił się o atak na demokrację, moglibyśmy się
dowiedzieć, co to słowo naprawdę znaczy. Nie ulega wątpliwości, że w pewnym
sensie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są krajami bardziej demokratycznymi
aniżeli Niemcy. Z drugiej jednak strony, obrońcy totalitaryzmu mogą znaleźć
wiarygodne uzasadnienie tego, że ustrój nasz nie jest demokracją, ale
finansową oligarchią.(…).
Thomas Stearns Eliot”
TS Eliot, Idea społeczeństwa chrześcijańskiego
(1939,1948),
https://teologiapolityczna.pl/t-s-eliot-idea-spoleczenstwa-chrzescijanskiego
Dzisiejsza kultura jest głównie kulturą
negatywną, a elementy pozytywne, tak dalece, jak udało się je zachować, są
ciągle elementami chrześcijańskimi. Nie sądzę, że może się ona ostać jako
kultura negatywna, gdyż kultury tego typu przestają być skuteczne w świecie, w
którym rozwój ekonomiczny i duchowy przekonuje nas o efektywności kultur
pozytywnych, nawet jeśli są one pogańskie – pisał Thomas Stearns Eliot w eseju
„Idea społeczeństwa chrześcijańskiego”. Przypominamy jego fragment w „Teologii
Politycznej Co Tydzień”: „T.S. Eliot. Poeta u źródeł”.
Fakt, iż rozwiązanie jakiegoś problemu zajmie z
pewnością wiele czasu i będzie wymagało poświęcenia mu uwagi przez wiele
umysłów w okresie życia kilku pokoleń, nie stanowi bynajmniej usprawiedliwienia
dla zarzucenia go. Na dłuższą metę może się bowiem okazać, że w czasach kryzysu
powrócą do nas, by nas trapić, nie te problemy, z którymi borykaliśmy się,
choćby nieskutecznie, lecz te, które zarzuciliśmy bądź zignorowali. Z naszymi
doraźnymi trudnościami musimy zawsze jakoś sobie radzić, nasze permanentne
trudności jednakże występują w każdym czasie. Problem poruszany przeze mnie na
kolejnych stronicach należy do tej grupy, na którą, jestem przekonany, winniśmy
zwrócić obecnie naszą uwagę, jeśli kiedykolwiek mamy mieć nadzieję na uwolnienie
się od dylematów dręczących nasze umysły. Jest on naglący, jako że jest
fundamentalny, a jego pilność jest powodem, dla którego osoba taka, jak ja,
próbuje skierować słowa – dotyczące zagadnień przekraczających moją zwykłą
dyscyplinę – do publiczności, przyzwyczajonej czytać moje wypowiedzi na
odmienne tematy. Jest to przedmiot, z którym, bez wątpienia, mógłbym się
zmierzyć znacznie lepiej, gdybym był zawołanym uczonym w którejś z kilku
dziedzin. Nie piszę jednak dla uczonych, lecz dla ludzi takich, jak ja; pewne
braki mogą tu być wyrównane przez pewne korzyści; uczonego czy nie naukowca
trzeba osądzać nie na podstawie wiedzy szczegółowej, ale całości plonów, które
przynosi jego myślenie, odczuwanie, życie i obserwacja ludzi.
Interesuje mnie odpowiedź na pytanie, jaka –
jeśli w ogóle istnieje – jest „idea” społeczeństwa, w którym żyjemy? W jakim
celu jest ono zorganizowane?
Chociaż praktyka poetycka nie musi sama w sobie
świadczyć o mądrości czy o zgromadzonej wiedzy, powinna przynajmniej umożliwić
umysłowi nabycie jednego, istotnego przyzwyczajenia: mianowicie analizowania
znaczenia słów używanych zarówno przez siebie, jak i przez innych. Posługując
się terminem idea społeczeństwa chrześcijańskiego, nie mam na myśli, w
pierwszym rzędzie, pojęcia ukutego na podstawie studiów nad społeczeństwami,
które moglibyśmy określać mianem chrześcijańskich. Chodzi mi o coś, co zawiera
w sobie rozumienie celu, do którego społeczeństwo chrześcijańskie, zasługujące
na to określenie, musi zdążać. Nie ograniczam stosowania tego terminu do
doskonałego społeczeństwa chrześcijańskiego na ziemi, ale też nie obejmuję nim
społeczeństw tylko dlatego, że zachowały pewne przejawy wiary i pozostałości
praktyk chrześcijańskich. W związku z tym nie interesuje mnie w pierwszym
rzędzie problem wad, nadużyć i niesprawiedliwości we współczesnym
społeczeństwie, lecz odpowiedź na pytanie, jaka – jeśli w ogóle istnieje – jest
„idea” społeczeństwa, w którym żyjemy? W jakim celu jest ono zorganizowane?
Możemy przyjąć lub odrzucić ideę społeczeństwa chrześcijańskiego,
lecz jeśli mamy ją przyjąć, musimy podejść do chrześcijaństwa w sposób daleko
bardziej intelektualny aniżeli mamy to w zwyczaju. Musimy traktować je tak,
jakby dotyczyło ono głównie sfery myśli, a nie uczuć. Konsekwencje takiej
postawy są zbyt poważne, by mogły być do przyjęcia przez wszystkich, ponieważ w
momencie, gdy wiara chrześcijańska nie jest jedynie odczuwana, ale staje się
przedmiotem namysłu, wywołuje praktyczne skutki, które mogą być kłopotliwe.
Patrzenie bowiem na wiarę chrześcijańską w ten sposób – a nie oznacza to z
konieczności jej przyjęcia, lecz tylko zrozumienie jej prawdziwych kwestii –
jest dostrzeżeniem faktu, iż różnica pomiędzy ideą społeczeństwa neutralnego (a
w takim obecnie żyjemy) a ideą społeczeństwa pogańskiego (czyli takiego, do
którego stronnicy demokracji czują wstręt) ma na dłuższą metę niewielkie
znaczenie. Nie zajmuję się w tym momencie środkami, które są niezbędne do tego,
aby społeczeństwo chrześcijańskie mogło się ziścić, ani nawet ukazaniem, że
jego pojawienie się jest godne pożądania. Bardzo zależy mi jednak na wyraźnym
odróżnieniu go od naszego teraźniejszego społeczeństwa. W interesie każdej
myślącej osoby leży przecież rozumienie natury społeczeństwa, w którym przyszło
jej żyć. Obecne kategorie, w jakich opisujemy nasze życie społeczne, porównania
z innymi tworami społecznymi, służące nam, mieszkańcom „zachodnich demokracji”,
wychwalaniu własnego społeczeństwa, przyczyniają się tylko do oszukiwania i
wprawiania nas w stan ogłupienia.
Podejrzewam, iż w naszej odrazie do
totalitaryzmu zawarta jest duża doza podziwu dla jego skuteczności
Nadużyciem terminologicznym jest określanie
naszego społeczeństwa mianem chrześcijańskiego w przeciwieństwie do
społeczeństwa Niemiec czy Rosji [esej pochodzi z 1939 roku – red.]. Mówiąc tak,
wyrażamy tylko to, iż w naszym społeczeństwie nikogo nie każe się za oficjalne
wyznawanie chrześcijaństwa, lecz ukrywamy przed sobą nieprzyjemną prawdę o
prawdziwych wartościach, w zgodzie z którymi żyjemy. Ponadto ukrywamy przed sobą
podobieństwo, występujące pomiędzy naszym społeczeństwem a tymi, do których
czujemy odrazę. Musielibyśmy bowiem przyznać, gdybyśmy uznali owo podobieństwo,
że inni radzą sobie lepiej. Podejrzewam, iż w naszej odrazie do totalitaryzmu
zawarta jest duża doza podziwu dla jego skuteczności.
Współczesny filozof polityczny, nawet gdy sam
jest chrześcijaninem, nie interesuje się zazwyczaj potencjalną strukturą
państwa chrześcijańskiego. Zajmuje go, generalnie rzecz biorąc, możliwość
istnienia sprawiedliwego państwa, a jeśli nie popiera on tego lub innego
systemu świeckiego, to skłania się do akceptacji systemu panującego, którego
słabe strony można ewentualnie wyeliminować, nie zmieniając go jednak w sposób
fundamentalny. Więcej na interesujący mnie temat mają do powiedzenia
teologowie. Nie odwołuję się tu do pisarzy, usiłujących tchnąć nieokreślonego,
a czasami zdeprecjonowanego, chrześcijańskiego ducha w zwykły bieg spraw, albo
do tych, którzy w chwili niebezpieczeństwa próbują stosować zasady
chrześcijańskie w konkretnych sytuacjach politycznych. Istotne dla mego
przedmiotu są pisma socjologów o orientacji chrześcijańskiej – pisarzy
krytykujących nasz system ekonomiczny w świetle etyki chrześcijańskiej.
W ich dziełach głosi się ogólnie i szczegółowo
prezentuje niezgodność zasad chrześcijańskich z wielkim obszarem naszej
praktyki społecznej. Odwołują się oni do ducha sprawiedliwości i humanitaryzmu,
który większość z nas – tak utrzymujemy – inspiruje do działania. Odwołują się
również do rozumu praktycznego, dowodząc, iż wiele elementów naszego systemu
jest nie tylko niesprawiedliwych, ale również, że w dalszej perspektywie nie
zdadzą one egzaminu i przywiodą nas do katastrofy. Wiele spośród zmian,
wywiedzionych z zasad chrześcijańskich, za którymi opowiadają się ci pisarze,
narzucają się same każdej inteligentnej oraz nieuprzedzonej osobie i nie
wymagają ram społeczeństwa chrześcijańskiego, aby wprowadzić je w życie lub
wiary chrześcijańskiej, by je zaakceptować. Z drugiej strony, są to zmiany,
które umożliwiłyby każdemu chrześcijaninowi swobodne przeżywanie swojego
chrześcijaństwa. Jedynie drugorzędne znaczenie mają dla mnie tutaj zmiany w
zakresie organizacji ekonomicznej, a także w życiu pobożnych chrześcijan.
Istotne dla mego przedmiotu są pisma
socjologów o orientacji chrześcijańskiej – pisarzy krytykujących nasz system
ekonomiczny w świetle etyki chrześcijańskiej
To, co interesuje mnie w pierwszym rzędzie, to
taka zmiana w nastawieniu społecznym, która mogłaby przyczynić się do
ziszczenia tworu, zasługującego na określenie mianem społeczeństwa
chrześcijańskiego. Jestem przekonany, że wymusiłaby ona zmiany w organizacji
przemysłu, handlu i bankowości, że ułatwiłaby pobożne życie tym, którzy są do
tego zdolni i tam, gdzie obecnie jest to utrudnione. Lecz mój punkt wyjścia
różni się od punktu wyjścia socjologów i ekonomistów, choć polegam na ich
wiedzy, a sprawdzianem dla mojego społeczeństwa chrześcijańskiego byłoby
przeprowadzenie takich reform, jakie oni proponują. Musimy też mieć się na
baczności przed niebezpieczeństwem takiej „przemiany duchowej”, która nie
odwołuje się do niczego innego, jak tylko do odnowieńczego słownictwa.
Przedmiot moich rozważań łączy się także z innym
rodzajem pisarstwa chrześcijańskiego, a mianowicie z tym, dotyczącym polemistów
kościelnych. Znowu jednak zagadnienie stosunków państwo – Kościół nie zajmuje
mnie w pierwszym rzędzie. Nie należy ono zresztą do tej grupy, z wyjątkiem
chwil, gdy nadaje się do wyzyskania w prasie, która w znacznym stopniu zaprząta
uwagę opinii publicznej. W momencie zaś, kiedy uwaga szerokich rzesz zostaje
pobudzona, nie są one nigdy na tyle dobrze poinformowane, aby miały prawo do
wyrażania opinii. Tematyka, którą podejmuję, jest przedmową poruszającą problem
stosunku państwa do Kościoła. Ujmuję ten problem w znaczeniu najszerszym i
najogólniejszym. Zazwyczaj spogląda się na istniejące państwo i zadaje pytanie:
„Jaki Kościół?”. Jednak zanim rozpatrzymy kwestię, jakie stosunki winny panować
między państwem a Kościołem, trzeba najpierw zapytać: „Jakie państwo?”.
Czy w jakimkolwiek sensie możemy mówić o
„państwie chrześcijańskim”, czy w jakimkolwiek sensie możemy postrzegać państwo
jako chrześcijańskie? Bowiem nawet jeśli natura państwa jest taka, że, biorąc
pod uwagę jego „ideę”, nie możemy go określić ani mianem chrześcijańskiego, ani
też mianem niechrześcijańskiego, to jednak jest rzeczą jasną, że rzeczywiste
ustroje państw mogą różnić się do tego stopnia, iż stosunek Kościoła do państwa
może cechować rozpiętość, biegnąca od jawnej wrogości do mniej lub bardziej harmonijnej
współpracy różnych instytucji w obrębie tego samego społeczeństwa.
Kiedy mówię o państwie chrześcijańskim, nie mam
na myśli jakiejś szczególnej formy ustrojowej, lecz jakiekolwiek państwo
odpowiadające społeczeństwu chrześcijańskiemu, bez względu na to, jakie
konkretnie państwo stworzy dla siebie społeczeństwo chrześcijańskie. Wiem, że
wielu chrześcijan nie wierzy, iż dla społeczeństwa chrześcijańskiego konieczny
jest Kościół powiązany z państwem, dlatego będę musiał, nieco później, podać
przyczyny, dla których jest on niezbędny. Obecnie chcę tylko powiedzieć, że ani
klasyczne angielskie rozprawy o Kościele i państwie, ani też współczesne
dyskusje na ten temat nie przychodzą mi z pomocą, której potrzebuję. Wszystkie
bowiem wcześniejsze traktaty, a prawdę mówiąc, wszystkie poza najnowszymi,
zakładają istnienie społeczeństwa chrześcijańskiego. Współcześni zaś pisarze
zakładają, iż żyjemy w społeczeństwie pogańskim. Te właśnie założenia pragnę
zakwestionować.
Wybór, jaki się przed nami rysuje, to albo
stworzenie nowej kultury chrześcijańskiej, albo zgoda na kulturę pogańską
Urobienie sobie opinii o tym, co w przyszłości
można zrobić dla tego kraju oraz opinia na temat właściwych stosunków Kościoła
i państwa, będzie zależała od stanowiska, które zajmiemy wobec współczesnej
sytuacji. W toku dziejów możemy uchwycić trzy okresy: ten, w którym
chrześcijanie są nową mniejszością w społeczeństwie o ugruntowanych tradycjach
pogańskich – stan ten nie powtórzy się w przyszłości, która mogłaby nas
dotyczyć; ten, w którym całe społeczeństwo może być nazwane chrześcijańskim,
czy to jako jedność czy też we wcześniejszym lub późniejszym stadium podziału
na sekty; i w końcu okres, w którym praktykujących chrześcijan trzeba uznać za
mniejszość (utrzymującą się na pewnym poziomie lub malejącą) w społeczeństwie,
które przestało już być chrześcijańskie. Czy jesteśmy już w tym trzecim
okresie? Różni komentatorzy różnie odpowiedzą, lecz chciałbym zauważyć, iż
istnieją tu dwa punkty widzenia w dwóch różnych kontekstach. Patrząc z
pierwszego z nich, można powiedzieć, że społeczeństwo przestaje być
chrześcijańskie wtedy, gdy porzuca praktyki religijne, gdy zachowanie jego
członków nie jest już dłużej regulowane w odniesieniu do zasad chrześcijańskich
i gdy ziemski sukces materialny stał się dla jednostki czy grupy jedynym
świadomym celem działania. Patrząc z drugiego punktu widzenia, nie tak chętnie
przyjmowanego, stwierdza się, iż społeczeństwo nie przestaje być
chrześcijańskie dopóty, dopóki nie wypracowało innego systemu pozytywnego.
W moim przekonaniu dzisiejsza kultura jest
głównie kulturą negatywną, a elementy pozytywne, tak dalece, jak udało się je
zachować, są ciągle elementami chrześcijańskimi. Nie sądzę, że może się ona
ostać jako kultura negatywna, gdyż kultury tego typu przestają być skuteczne w
świecie, w którym rozwój ekonomiczny i duchowy przekonuje nas o efektywności
kultur pozytywnych, nawet jeśli są one pogańskie. Uważam także, że wybór, jaki
się przed nami rysuje, to albo stworzenie nowej kultury chrześcijańskiej, albo
zgoda na kulturę pogańską. Obie możliwości wiążą się z radykalnymi zmianami,
lecz wierzę, iż większość z nas, postawionych natychmiast w obliczu wszystkich
zmian, które dokonane być mogą tylko w okresie życia kilku pokoleń,
opowiedziałaby się za chrześcijaństwem.
Nie oczekuję, że każdy zgodzi się na to, iż nasza
obecna organizacja i charakter społeczeństwa, które w dziewiętnastym wieku
okazały się na swój sposób szczęśliwym wyborem, są czymś negatywnym. Wielu
będzie utrzymywać, że cywilizacja brytyjska, francuska i amerykańska w dalszym
ciągu oznacza coś pozytywnego. Znajdą się także inni, którzy będą twierdzić z
naciskiem, że jeśli nasza kultura jest kulturą negatywną, to właśnie taka
kultura jest czymś właściwym. Na odparcie tej tezy trzeba użyć dwóch odrębnych
argumentów: pierwszy, pryncypialny, głosi po prostu, że kultura taka jest
niepożądana; drugi, wynikający z oceny faktów, stwierdza, że tak czy inaczej
musi ona zniknąć. Obrońcy obecnego porządku zdają się nie zauważać, jak dalece
jest on pozostałością po chrześcijaństwie, lub też, jak dalece przesunął się
już ku czemuś innemu.
Istnieją dwie grupy ludzi: ci, do których mówi
się z trudnością oraz ci, do których mówi się na próżno. Grupa druga,
liczniejsza i bardziej uparta niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka,
gdyż ilustruje stan umysłu, w jaki wszyscy jesteśmy skłonni popadać ze względu
na wrodzone nam lenistwo, składa się z ludzi, którzy nie potrafią uwierzyć, że
świat kiedykolwiek będzie się istotnie różnił od tego, z którym obcują w tym
momencie. Od czasu do czasu, pod wpływem, być może, jakiegoś szczególnie
przekonywającego pisarza lub mówcy, mogą oni przeżyć chwile zaniepokojenia lub
nadziei. Jednakże nieprzezwyciężona toporność ich wyobraźni każe im zachowywać
się tak, jakby nic nigdy nie mogło się zmienić. Ci, do których mówi się z
trudnością, lecz, być może, nie na próżno, to osoby, które wierzą, że jakieś
wielkie zmiany muszą nastąpić, ale ani nie są pewne tego, co nieuniknione, ani
tego, co prawdopodobne, ani tego, co pożądane.
Być może demokracja osiągnęła już pozycję
cesarza Merowingów, tak że za każdym razem, kiedy jest przywoływana, zaczynamy
się rozglądać za marszałkiem dworu
To, co reprezentuje świat zachodni – a terminom
tym przypisuje się rangę świętości – można określić mianem liberalizmu i
demokracji. Terminy te nie są identyczne albo też nierozerwalnie ze sobą
związane. Liberalizm jest określeniem zdecydowanie mniej klarownym i obecnie
nie cieszy się takim powodzeniem. Za to termin demokracja znajduje się u
szczytu popularności. Zaczynam się zastanawiać, czy tak powszechnie uświęcony
termin jak demokracja w dzisiejszych czasach znaczy jeszcze cokolwiek, skoro
znaczy tak wiele. Być może demokracja osiągnęła już pozycję cesarza Merowingów,
tak że za każdym razem, kiedy jest przywoływana, zaczynamy się rozglądać za
marszałkiem dworu. Niektórzy zapędzili się już tak daleko, że uznają za coś jak
najbardziej oczywistego, że jedynym porządkiem politycznym zgodnym z
chrześcijaństwem jest system demokratyczny. Z drugiej strony nie zrezygnowali z
używania tego słowa zwolennicy rządu w Niemczech. Gdyby ktoś kiedykolwiek
pokusił się o atak na demokrację, moglibyśmy się dowiedzieć, co to słowo
naprawdę znaczy. Nie ulega wątpliwości, że w pewnym sensie Wielka Brytania i
Stany Zjednoczone są krajami bardziej demokratycznymi aniżeli Niemcy. Z drugiej
jednak strony, obrońcy totalitaryzmu mogą znaleźć wiarygodne uzasadnienie tego,
że ustrój nasz nie jest demokracją, ale finansową oligarchią.
Christopher Dawson uważa, że „państwa
niedyktatorskie nie reprezentują dziś liberalizmu, ale demokrację”, a dalej
przepowiada nastanie w nich demokracji totalitarnej. Zgadzam się z tym
przewidywaniem, lecz jeśli rozważa się nie tylko państwa niedyktatorskie, ale
uwzględnia także ich społeczeństwa, jego stwierdzenie nie ukazuje stopnia, do
jakiego liberalizm wciąż przenika nasze umysły i wpływa na naszą postawę wobec
znacznego obszaru życia. Prawdopodobnie w naturze samego.
Thomas Stearns Eliot
Tekst pochodzi z eseju Idea społeczeństwa
chrześcijańskiego z książki Chrześcijaństwo – kultura – polityka,
Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2007.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIE BÓJ SIĘ, NAPISZ KOMENTARZ